Przystań (trzy miniaturki: Lipiec, Rzeka, Czapla biała)

Autor: Małgorzata Sochoń, Gatunek: Proza, Dodano: 12 kwietnia 2017, 10:02:00

 

(ojcu)



Lipiec


Siedzimy w jaskini z bluszczu. Kiedyś - tylko stół i ławka pod dachem, teraz zielona grota. Nad głowami gęsta plątanina zdrewniałych łodyg i ciche, jednostajne brzęczenie.

-Takie ni to pszczoły, ni to osy. Nasze i niegroźne. – G. wyczołguje się z plątaniny liści, żeby przynieść kolejne zimne piwo z oddalonego o pięć kroków boksu, w którym, oprócz podwieszonych pod sufitem wędek, ma starą wersalkę, radio i lodówkę. Otwieramy.

-Cholera – mówię. - Patrz! - I pokazuję mu swoje łokcie, na których są już dwa różowe odciski. - Jak w zeszłym roku! Wiesz, że przez ten pobyt u ciebie schodziła mi w tym miejscu skóra?

Śmiejemy się.

-Bo i ładnie spędzałaś czas – nalewa do wysokiej szklanki, a ja, właśnie na łokciach oparta, z zimnym szkłem w dłoniach, uśmiecham się błogo, patrząc na wyspę. Ptaki świergolą bezustannie. G. ponownie wygrzebuje się z naszej chłodnej, zacienionej, pachnącej soczystymi liśćmi, rozbrzęczanej nory i przynosi stary, posupełkowany i cały w wypalonych dziurach koc.

-No, zabieraj ręce – układa złożony, miękki pas wzdłuż stołu. - I jak?...

-Mogłeś pomyśleć o tym wcześniej.

Teraz łokcie czują się komfortowo. Luksus.

-Wiesz, ile jest odcieni zieleni na wyspie? Szesnaście. Albo więcej. Właśnie policzyłam – śmieję się.

-A wiesz, że komputer potrafi wygenerować sześćdziesiąt pięć milionów barw?

-Coś ty! To ile może być zielonego!

-Hmm... A wiesz, że ludzkie oko może wyłapać tylko osiem poziomów szarości pomiędzy bielą i czernią?

-Osiem? - zaczęłam liczyć, ile odcieni mają chmury na czarnej rzece. Woda wyglądała jakby stała.

-Rzeka stoi.

-Tak się tylko wydaje. I wiesz, gdyby komputer przedstawił ci nawet sześćdziesiąt poziomów, ty odbierzesz tylko osiem.

-Brakuje mi internetu...

-Przestań. A kto wczoraj mówił, że wreszcie nie pieką go oczy?

Z namiotu wyszedł S. Zaraz będzie pływał. Patrzyliśmy z G.,jak siada na pomoście, zamacza nogi, później płetwy. Jak gładko wsuwa wilgotne stopy do wilgotnych płetw. Ochlapuje ramiona, głowę. Przemywa twarz. Wreszcie wkłada maskę i wskakuje strzałką do rzeki.

-Ma pięć metrów pod sobą. A tam dalej jest jeszcze głębiej. Rów. Może z dziesięć.

-Też tu spróbuję - odstawiam szklankę, rozsuwam łokcie, kładę głowę na przedramieniu i patrzę, jaki piękny jest S. w czarnej rzece. Jak rozpryskuje się woda, którą wyrzuca z ust. Jak błyszczy jego złociste ciało. Lśni siłą, witalnością, rześkością. Krople jak cekiny na skórze. Nagle delikatny podmuch przynosi do naszej jaskini zapach lip. Kwitną lipy. Lipiec, lipiec...

-Witam, kochani! - K. pojawił się na przystani jak duch. - Urlop?

-Wczoraj piorun zabił nam boćka – mówi G.

-Młodego? Starego?

-Starego.

-Samca, czy samicę?

-Nie wiem. Ale mówię ci, lepiej tego w życiu nie zobaczyć. O tam, ten konar, wielki konar ominął, i tu, pod dziobem, prosto – G. rozstawia palce na cztery centymetry i przesuwa po sobie, od brody, przez szyję, mostek, brzuch, aż do spodenek – pod dziobem, przez cały przód był łysy. Tylko pióra fruwały. Aż tu leżały jego pióra. Zwalił się pod słup, a błyskawica po słupie do ziemi. A jaki był huk. Mówię ci, coś strasznego. Łowię teraz płotki dla młodych i rzucam tam, na kamienie. Ten, co został, zabiera. Ciężko jednemu wykarmić małe.

-A wiesz, jaki był lekki? Może półtora kilo. Bardzo się zdziwiłam – dodaję. Bo to ja niosłam bociana do dołu, który G. wykopał za drzewami.

-Ptaki są puste w środku. Muszą latać - powiedział K. i zniknął w swoim boksie. Kiedy wyszedł nie pachniał już miastem i nie wyglądał jak kierownik zespołu tanecznego przy Domu Kultury, ale jak strach na wróble. Miał na głowie słomkowy, postrzępiony kapelusz, na plecach wypłowiałą koszulę, a w starych, szerokich, zaopatrzonych w kilka pojemnych kieszeni spodniach, nie dopinał się rozporek. Brązowe, staromodne szelki utrzymywały te dużo za duże, ale przez to wygodne gacie, na szczupłym i wysokim K. Ten ciągnął dwukołowy wózek, a na nim swoją najpiękniejszą na stanicy łódź.

-Chcesz teraz pływać? - pyta G. - Wezmę szalupę.

Wygrzebujemy się z jaskini. Ja idę na pomost, zamaczam stopy. Wsuwam palce w cudowny, aksamitny piach. W płytkiej wodzie krąży stadko uklejek. Łódka już odcumowana. Sprawdzam, czy mam agrafkę przypiętą do stroju. W razie skurczu wbiję ją sobie w mięsień. I zawsze będę jeszcze mogła złapać się burty, a G. doholuje mnie do brzegu. Wchodzę do czarnej rzeki, kładę się na wodzie, zanurzam i płynę w kierunku łodzi, która już stoi nad głębiną.



Rzeka


-Miałaś szczęście - mówi G. i obejmuje mnie serdecznie, po przyjacielsku, poklepuje po plecach, całuje w policzek. - Właśnie miałem wypłynąć, ale pomyślałem, a, nazbieram jeszcze szczawiu. Odsuwa mnie trochę od siebie i przygląda się z uśmiechem.

-Przecież wiesz, że jestem szczęściarą – śmieję się. Patrzę na jego wielki brzuch, niedopięte w pasie ogrodniczki, grubą, miodową koszulę i śmieszne, krótkie kaloszki, w których chodzi rano, kiedy trawa jest jeszcze mokra.

-Smutno u nas – pokazuje palcem gniazdo na słupie. Z gniazda wyrasta las zielonych badyli. - Bocian siedzi na latarni. Zobacz, jaki wyliniały. Jak każdy facet bez baby – śmieje się. - A ile piór mu zostało! I jaki brudas!

Wychudzony, albo zwyczajnie łysawy Wojtek wykręca szyję i uparcie wyskubuje coś spod skrzydła.

-Chyba ma pchły.

-Wszy. I to takie jak mój paznokieć – G. pokazuje sczerniałą od słońca dłoń, i przykłada wskazujący lewej, do małego prawej, jakby odcinał płytkę.

Wzdychamy. Wyciągam z torby whisky w ładnej butelce, paczkę kabanosów i dobry, mały, kwadratowy chlebek z ciężkiej mąki.

-O! - mówi G. i znowu przytula mnie do swojego brzuszyska, pochyla się trochę, żebym zmieściła się w jego ramionach. - Częściej do mnie przyjeżdżaj! - Zwalnia uścisk i opowiada jak to wczoraj złowił dwa spore szczupaki, a wcześniej, sama biżuteria: drobne płotki, karaski. „Dostaniesz te szczupaki!”

Rzeka nie jest najweselsza. Woda wysoka, ciemna, nieprzejrzysta. Wysepki skrzeku w trzcinach wyglądają jak strupy, ropa z ran. Mało kwitnących grążeli. A te, co są - zaledwie na wpół porozchylane. I tylko jedna ważka w powietrzu. G. zauważa moją minę:

-Chodź na most.

Most dawno miał być rozebrany, ale ciągle stoi. Łuszczą się niezaimpregnowane deski. Tu i tam leżą rozsypane, długie drzazgi. Kiedy z rzadka przejeżdża jakiś samochód, słychać dudnienie, jakby przetaczał się nad rzeką grzmot, i z dech wyskakuje kolejny odłamek.

Stoimy oparci o rdzewiejącą poręcz, z której płatami złazi niebieska farba i przyglądamy się dwóm facetom w pomarańczowych kapokach, siedzącym na pontonie. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej bada nurt. Przyglądam się okrągłemu logo na drzwiach stojącego na brzegu auta. Białe IM na ukośnych niebieskich kreseczkach symbolizujących deszcz i GW na poziomych, jakiś zbiornik wodny, może rzeka. Ładne.

-Proszę uważać na linę – woła młodszy do Z., który wysuwa się spod mostu starą, brązową łodzią. - Jeszcze dziesięć minut i znikamy!

-Dobra - odpowiada Z. i zawraca. Teraz wiosłuje pod prąd. Dziób łodzi przedłużony o czuby dwóch wędek.

G. nie popłynie dzisiaj na ryby. Będziemy siedzieć w norze obrośniętej bluszczem. Wypijemy po kieliszku whisky. Łaciaty kot będzie ocierał się o nasze nogi. Przytoczy się wielki, czarny Pimpek i swoimi niesamowicie żółtymi, żółtszymi od głębokiej żółci kwitnącego krwawnika, pięknymi, przemądrymi oczami poprosi o kawałek kiełbaski.

-A wiesz, z tym Z. od zawsze panie G., panie Z. A wczoraj przychodzi i mówi - może przejdźmy w końcu na ty. Nie mam wódki, mówi, ale mam cukierki. I wyciąga dwie miętówki w zielonych papierkach. Zjedliśmy. I teraz ja do niego Z., a on do mnie G.

Uśmiecham się. Po zielonej krawędzi burty jednej z przycumowanych łódek przebiega pliszka.



Czapla biała


-Co robisz?

-Siedzę za drzwiami boksu, schowany od wiatru, i ciamkam jakąś bułkę. A co u ciebie?

-Nic. Przyjadę jutro.

-To czekam.

-To do jutra.



*


nie wiem jak długo jeszcze

będę mógł to oglądać -

 

a więc jesteś dla widoku

stojącej nieruchomo czapli białej

wody

grążeli

pyszczków ryb

zmarszczek na wirach

dla człowieka który cię pozdrawia

rzędu zielonych łodzi

psa o imieniu Fajer

 

któregoś ranka patrzę -

płynie za mną czarny gość na czarnej tratwie

z czarnymi wiosłami

myślę - czas na mnie

 

śmierć mnie ściga

opowiadam Basi

 

a Basia na to -

śmierć jest biała

 

Komentarze (6)

  • ładne opowiadanie, takie spokojne, relaksujące.

  • Miło, że się spodobało, valerio.

  • Czemu same literki zamiast imion?

  • Grzegorz, ze względu na to, że gdybym wpisała całe imiona, każdy czytający miałby do nich jakiś stosunek emocjonalny i myśli czytających odbiegałyby, nawet podświadomie, w dodatkowe rejony.
    Te rejony, wynikające ze skojarzeń imion z osobami o imionach takich samych, z sytuacjami, które jakoś nas z tymi osobami łaczą, zdarzeniami, historiami, nie były mi tutaj potrzebne.
    Chciałam, żeby "imię' czytało się szybko i nie przywiązywało się do niego uwagi. Wybrałam też takie literki, które mają swój charakter. G, S, K, Z - spójrz, jakie są "inne". Jednak, zobacz, nie wybrałam np. O. O odciągałoby uwagę przez pewną niepospolitość. Zastanawiałbyś się np.: A jakie to imię męskie na O jest? I pomyślałbyś - Olaf! A póśniej zobaczyłbyś przed oczami duszy Olafa Lubaszenkę. Ja np. bardzo lubię O.L., więc dodatkowo pojawiłyby się w mojej głowie filmy z tym aktorem, sceny z tych filmów, jakiś wywiad czytany w Internecie.
    Powiem Ci w tajemnicy, że literę G. dałam głównemu bohaterowi dlatego, że lubię imię Grzegorz. Mam brata ciotecznego Grześka. To niezwykły człowiek. Solidny, prawdziwy człowiek.

    Teksty były już na Liternecie, ale oddzielnie (dwa jeszcze są). Jeden zamieściłam w 2012 r., drugi w 2013 r., a wiersz w 2016 r.
    Wczoraj poprawiałam w nich pewne drobiazgi i, przy okazji, zebrałam w pewną całość. W jednym zmieniłam tytuł z "Nad rzeką" na "Rzeka". Tu pierwsza wersja (już wtedy z literami zamiast pełnych imion):

    http://malgorzata-sochon.liternet.pl/tekst/nad-rzeka-nbsp-mialas-szczescie-ndash-m-oacute-wi-g-i-obejm

    Beatrix, Agnieszka, ZiKo, dzięki za zaglądanie, czytanie.

  • Dobrze, ale z g i resztą mam to samo, ja nie szukam imienia, ale nadziewam się na tą literę jak na egzotyczne imię, traci swojskość, ale ja mogę mieć inaczej niż inni. Dziękuję za tłumaczenie i odnośnik, pozdrawiam

  • To rozwiązanie miało stworzyć wrażenie, że opowiastki są takie bardziej "reportażowe". Że masz do czynienia z prawdziwymi postaciami, których imiona mają być "ukryte" i - w tym celu - zastąpione zostały tylko ich pierwszymi literami.
    Trochę w tym prawdy (z tym że, w rzeczywistości, np. litery "g" nie znajdziesz w imieniu człowieka, którego tak nazwałam). Jest więc jednocześnie swojsko i z pewnym dystansem, "tajemnicą".
    W innym moim ostatnio zamieszczonym opowiadaniu ("Trzy dni") - imiona są pełne, chociaż tekst zdecydowanie "fantastyczny". Choć tekst jest całkowicie zmyślony, narratorkę nazwałam Gośka, żeby tę swojskość, bliskość jeszcze bardziej pogłębić.

    Dzięki za chęć rozmowy o tekście. A też za pozdrowienia. Pozdrawiam również!

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się