lipcowe pyły

Autor: Małgorzata Sochoń, Gatunek: Poezja, Dodano: 07 listopada 2018, 09:38:40
[tekst został skasowany przez autora]

Komentarze (22)

  • W czerwcu 2014 zamieściłam tu, na L., wiersz zatytułowany "lipcowe pyły (szkic)", dzisiaj - już bez dodatku w nawiasie.

    W 2014, w komentarzach do wiersza pisałam m.in.:

    "Przede wszystkim ważne było dla mnie przeciwstawienie w wierszu dwóch obrazów - spokoju i niepokoju, statyczności i ruchu. Ruch miał być trochę przedstawieniem ludzkiego udziału w istnieniu rzeczy świata, a bezruch - stosunku świata do ludzkich działań. Dlatego też całość nosiła tytuł "gwiezdny pył".

    Spokój to były łyżwy oparte o framugę, stojące od miesięcy w tym samym miejscu, a niepokój to ciągła zmiana miejsca położenia innych przedmiotów (te są noszone).

    Początkowo wiersz wyglądał tak:

    gwiezdny pył

    najwięcej czasu zajmuje
    przenoszenie z pokoju
    do pokoju z kuchni
    na strych z korytarza
    drugi pierwszy drugi
    przez trzeci do czwartego
    wnoszenie
    znoszenie

    najwięcej czasu zajmuje przenoszenie

    o tej samej porze
    promień słońca w pręcie
    pada na ostrza łyżew

    w smudze tańczą pyły
    oparte o framugę
    łyżwy stoją od zimy

    wdzięcznie


    Kiedy przyglądałam się temu zapisowi spodobał mi się słabo uchwytny rym "przenoszenie - wdzięcznie" i stąd w szkicu dwa wersy końcowe, żeby zwrócić w przyszłości uwagę na ten rym (?) i go (ewentualnie) nie zaprzepaścić.

    Druga strofa (w nawiasie) zawiera drobną grę słów (spokoju - z pokoju), która mogłaby niepokoić, gdybym kiedyś poszła z tym wierszem w kierunku zbliżonym do mojego dawnego tekstu "kartony skrzynie", w którym na strych wnoszone było zaklejone taśmą pudło, a w nim m.in. "spodnie z nogawkami/ na zawsze podwiniętymi". Zapisałam tą część w nawiasie, przestawiłam też inne słowa występujące już w pierwszej strofce, co miało przypomnieć mi kiedyś o smutku nie do zniesienia.

    "drzwi otwieram nogą
    nosem zapalam światło" -
    - to wydało mi się ciekawe, bo działające na wyobraźnię. Konkret. Obraz. Oto idzie ktoś obładowany niesionymi przedmiotami. Czy nic mu się nie stanie podczas wykonywania tych sztuczek. To ciekawostka, która może się przydać. Tu, czy w innym tekście. Więc znalazła się w szkicu.

    Ten "widok" wywołał natychmiast odrębną, samodzielną refleksję dotyczącą znoju. I - jak dobrze wyczuła Małgorzata - mój uśmiech. To łażenie w kółko nazwałam "znodzeniem" (od nóg), a stosunek do niego - "wnoszeniem" - od nosa i posiadania czegoś "w nosie".

    Całej dręczącej sytuacji, związanej z ciągłym wysiłkiem, który, czy aby jest konieczny, przeciwstawiłam spokój błyszczących w słońcu łyżew. Stojących w słońcu, w blasku, "zgrabnych i powabnych", a przecież rozleniwionych, bezczynnych do cna, do imentu, do sześcianu i... szczęśliwych. Opartych z wdziękiem o framugę wciąż (bez sensu?) otwieranych i zamykanych drzwi.
    Jest lipiec, a łyżwy żyją. Jest im dobrze, chociaż są bezużyteczne. Ale czy na pewno? A kto odbija blask? Dzięki komu tańczą pyły w smugach?

    Inspiracją do wiersza były rzeczywiście łyżwy. Z butami. Figurówki, rozmiar 36. Beżowo-różowa skórka, fantazyjnie układające się, rozwiązane sznurówki. Po ustaniu mrozów, w 2006, czy 2007 roku sama postawiłam je obok strychu, żeby je zapakować do jakiegoś worka i powiesić na gwoździu, bo tylko w ten sposób można uratować skórę przed zębami jakiegoś głodnego gryzonia. Ale ja... nie mam czasu na głupoty! Są rzeczy ważniejsze niż chowanie łyżew!

    Przez wiele miesięcy kilka razy dziennie wchodząc po schodach do kuchni (drzwi do kuchni i na strych są na przeciw siebie) nawet nie patrzyłam na łyżwy. Ale czasem, gdy zdarzało mi się wchodzić na górę około południa, przez okienko w dachu wpadało słońce i odbijało się w metalowych ostrzach. Wtedy, widząc te smugi, myślałam sobie, że jest to tak ładne, że niech te łyżwy sobie stoją. I tak usprawiedliwiałam swoje lenistwo.

    Ostatnio, wchodząc na górę po raz nie wiadomo który w życiu, coś tam niosąc, żeby zejść z czym innym, przypomniałam sobie, jak kilka lat temu te łyżwy pobłyskiwały w słońcu, i że za każdym razem ten widok sprawiał mi przyjemność, i, że uroda świata zasługuje na moje lenistwo, albo, że dobrze je tłumaczy. I, że to mnie nawet jakoś tam wtedy uszczęśliwiało.

    Dlatego powstał ten szkic. Nie wiadomo, co z niego będzie, ale łyżwy musiały zostać upamiętnione. I zostały".


  • A też:

    "Zapomniałam jeszcze dodać, że przedostatnia cząstka, ta w nawiasie, to zabawa z próbą ujęcia słowami obrazu samego kurzu wirującego w słonecznej smudze, stąd poplątany na pozór wers "smugi tańczą pyły". Na pozór. Bo w sformułowaniu "w pręcie smugi tańczą pyły" nie ma żadnego błędu, ale w tym "tańcu" tak się ułożyły słowa".

    O wierszu przypomniałam sobie po przeczytaniu opowiadanka "Taniec", które wczoraj zamieścił Bruno Schwarz.

    No, to dla towarzystwa i mój, dość już leciwy, "taniec drobinek".

  • Jak widać, w wierszu nie ma już fragmentu, o którym piszę w komentarzu, tej "przedostatniej cząstki, w nawiasie". Zmieniłam też coś w końcówce tekstu.
    Nie pamiętam, jak wyglądał dokładnie tekst wówczas zamieszczony. Przetrwała tylko wersja cytowana w komentarzu i na niej oparłam dzisiejszą publikację.

    Taka zabawa.

  • A to ślad przypomnianej przeze mnie publikacji z 2014, czyli rozmowa pod wierszem (wiersza już nie ma). Ślad z tych czasów, kiedy na Liternecie rozmawiało się jeszcze o tekstach:

    http://malgorzata-sochon.liternet.pl/tekst/lipcowe-pyly-szkic

    • ZiKo .
    • 07 listopada 2018, 10:24:58

    Prowadziło się niegdyś zabawne dialogi pod tekstami. :) Gdzie się podziała tamta lekkość bytu?

    • ZiKo .
    • 07 listopada 2018, 10:26:15

    A tańczące pyły w smudze zawsze na propsie! :)

  • Twój dom, to labirynt. Nie wiem, czy mieszka w nim Minotaur, czy nie. Nieważne. Za wszelka cenę próbujesz z niego wyjść, choćby przez strych. Robisz zwody, uniki, ciągle coś przenosisz, wynosisz, przestawiasz, pragniesz zmiany. Oczyszczenia, z kurzu, który się do Ciebie przykleił przez te wszystkie lata. Ale nie tędy droga. Droga wiedzie przez lśniące ostrze. Tylko w ten sposób, w lipcu, możesz zwiedzić krainę lodu.

    Wierszyk odczytuję jako podświadomą fascynację śmiercią.

    ps. Jesu! A coś Ty tu nawypisywała?! Później poczytam.

  • ZiKo, to były czasy, kiedy chciało się otwierać drzwi nogą, a nosem zapalać światło. No właśnie, a gdzie są te dwa wersy:

    "drzwi otwieram nogą
    nosem zapalam światło"

    ?

    Chyba zamieniły się w pył:)

  • Stanisławie, Twoja interpretacja jest niesamowita.

    • ZiKo .
    • 07 listopada 2018, 11:22:45

    I z drzewa koniki na biegunach zawędrowały na strychy albo do piwnic.

    • julka d
    • 07 listopada 2018, 11:41:42

    fajny tekst, ciekawe komentarze
    :)

  • Oj, jak tu miluchno. Milusi.

  • Mi teraz tęskno do takiego domu :)

    • ZiKo .
    • 07 listopada 2018, 15:56:02

    Nie Twoje Jasiu klimaty? :)))

  • Taką cię lubię czytać Małgosiu :)

  • to jest strasznie upoetycznione, ale z mojego pragmatycznego punktu widzenia można by rzec, że może czas zatrudnić kogoś do sprzątania, nie powiem, że ukrainkę, choć są w modzie

    a i wdzięcznie, nie poprawia nastroju, w którym się można potknąć, albo nadziać
    na tzw. klamoty

  • uwielbiam łyżwy:)

  • julka - i fajnie, że się odezwałaś:)

    JJJ - wiedziałam, że któryś swój komentarz podpiszesz w ten sposób. "Milusi":)

    valeria - mój dom jest stary, ma wejścia z dwóch stron, i - rzeczywiście, jak napisał SK - przypomina labirynt, bo wszystkie pokoje są przechodnie. Ktoś, kto odwiedza mnie po raz pierwszy, dziwi się, że wszedł do pokoju z korytarza, na którym była łazienka, i teraz, chcąc iść do łazienki, wychodzi na korytarz, a tam w komórce pod schodami nie ma wanny ani sedesu, tylko stoi żelazny piec, pojemnik z porąbanym drewnem, kilka pełnych węglarek... To dopiero, co?

    Garść Rispoleptu - czyli tą sprzed lat.

    mowa - na czym polega "straszne upoetycznienie" w tym przypadku - naprawdę nie wiem. Na czym?



  • być może sprzed lat ale nadająca życia i chęci poezji taką lubię Cię czytać Małgo :)

  • najwięcej czasu zajmuje przenoszenie - to mi się tutaj najbardziej podoba.
    Nawet dałabym TO na końcu zamiast 'wdzięcznie'.

  • no dobra, niech będzie, że mi się "strasznie" wyrwało i sama nie potrafię znaleźć dla niego usprawiedliwienia, no ale z drugiej strony, jak sobie je wytnę, po twojej słusznej uwadze, to wielkiej szkody dla reszty sensu, nie będzie

    hihihihi :)

  • Beatrix - "najwięcej czasu zajmuje przenoszenie", to dosyć długa fraza. Najdłuższa. "Wyłażąca". Mnie potrzebne było tu słowo "wdzięcznie" na końcu, więc już tak zostanie. Dzięki!

    mowa trawa - zgoda.

    https://www.youtube.com/watch?v=nzlDYKR5otM

    :)

DODAJ KOMENTARZ: Skasowanych treści nie można komentować