Trzy dni

Autor: Małgorzata Sochoń, Gatunek: Proza, Dodano: 15 lutego 2017, 17:23:16

 

- Gośka! - wrzasnął, aż podskoczyłam. Wiedziałam, że to Rulon. Odwróciłam się i zobaczyłam jak biegnie.

- Henia umiera! Pończoszka! - wysapał, a na jego twarzy rysowała się rozpacz.

- Co ty mówisz! W piątek ją widziałam!

- To koniec – wyszeptał.

Rulon to ksywa, która się wzięła od fryzury, od zawijasa na czubku głowy, który sam się układał z półdługich, brudnych i przetłuszczonych włosów mojego kumpla. Nigdy nie zapytałam, jak naprawdę ma na imię.

-  Śmierć - powiedział, zaglądając mi w oczy, a później zawrócił na pięcie i pobiegł. Nagle przystopował, ukucnął, zawiązał sznurowadło, podnosząc się chwycił jakiś patyk, rzucił w niebo i rozłożywszy ramiona poszybował, przechylając się płynnie, to w prawo, to w lewo. I wrócił do mnie. Wiedziałam, że musi pozbyć się energii i wiedziałam, że wróci.

Lubiłam go, chociaż czasem trudno było wytrzymać w jego towarzystwie. Bywało, że nie miał gdzie się umyć. Ale lubiłam jego romantyczną duszę. I szanowałam za przyjaźń z Pończoszką.

Henia była jedną z najstarszych moich znajomych. Pamiętam ją jeszcze z dzieciństwa, kiedy chodziłam z mamą do domu towarowego po materiał na sukienki. Miała na piętrze punkt repasacji. Łapała oczka. Później, aż do emerytury, sprzedawała losy.

Spotykałam ją na pchlich targach, jarmarkach, w mlecznych barach. To był świat, w którym żyła, a ja do niego zaglądałam. Z wykształcenia była architektem i filozofem. Z charakteru – życiową niedorajdą. Jej staropanieńskie, nudne spódnice, opowieści o zdrowej flaneli i witaminach, maseczkach z ziemniaka, które nawilżają cerę – to wszystko odstręczało i zniechęcało. Wydawała się męcząca. Od kilku lat miała tylko Rulona, który ją najzwyczajniej kochał. Czasem miała jeszcze mnie. Dla mnie opowiadała swoje życie. Prawie widziałam jej ojca, jak w szarym meloniku na łysej głowie, zamknięty w zagraconej szopie, wyskrobuje z miękkiego, lipowego drewna kolejnego barana, zawija w gazetę i wkłada do ogromnej kanki na mleko. Widziałam jej tłustą i zrzędliwą matkę, której monologi wywoływały choroby w rodzinie. Wyobrażałam sobie atmosferę domu, gdzie każdy ma oddzielny cukier i z przerażeniem słuchałam, jak któregoś dnia zamurowała się w pokoju używając prawdziwych cegieł i własnoręcznie zrobionej zaprawy. Teraz, z opuchniętymi nogami, podobna do swojej matki, a jednak nie samotna, bo wsparta na ramieniu młodszego o trzydzieści lat Rulona, była chyba szczęśliwa. Ich rozgadane fajfokloki, latem w ogródku, zimą, przy piecu, w którym paliła znoszonymi przez niego śmieciami... Czasem bywałam zapraszana.

- Całą noc czołgałem się po alejkach, złaziłem miasto na czworaka, przelatywałem nad wieżowcami. Nigdzie nie ma ratunku. Ona umiera. Musimy tam iść. Ty i ja.

Podał mi wyjętą z kieszeni złożoną karteczkę. Rozwinęłam.

 

trzy dni

 

 

nie płacz to tylko trzy dni

 

patrzysz przez okno – karetka

patrzysz przez okno – karetka

patrzysz przez okno – karetka

 

nie płacz tylko trzy dni

 

patrzysz przez okno

 

śmietnik

śmietnik

śmietnik

 

- Schowaj – powiedziałam oddając wiersz i nie patrząc na łzy w oczach. - Wiesz, kiedy szłam tędy w piątek, po tym ciepłym, deszczowym czwartku, pierwszy raz tej wiosny widziałam dżdżownice. Wypełzły ze szczelin między płytami. Cały chodnik był w robakach. Ale leżały nieruchomo. Nocą był przymrozek. A dżdżownicom wystarczy minus jeden - i koniec. Następny ranek też był zimny. Szron na trawnikach. Dżdżownice skurczyły się i zmieniły kolor. Zbrązowiały. Szron można było dostrzec także na ich ciałkach. Było naprawdę zimno. Dawno rękawiczki nie sprawiły mi tyle przyjemności.

- O, widzę. No, rzeczywiście. I tu, i tu. Kurde, ile tego.

- Popatrz – pociągnęłam go za rękaw i zatrzymałam, wskazując czubkiem buta lej z żółtych ziarenek piasku utworzony w szparce między cementowymi płytami. - A od wczoraj... – opowiadałam dalej, chociaż nie wiedziałam, czy słucha, taki zamyślony, z rękami w kieszeniach, ze wzrokiem wbitym w horyzont. - Od wczoraj wyglądają jeszcze inaczej. Zobacz, jakie spłaszczone. I szare. I... - popatrzyłam na jego smutną twarz – poskręcane w litery. Widzisz? - znów złapałam go za rękaw, żeby się zatrzymał. - U, e, l, s. A tam c. I tam.

- Albo prawie o – trącił butem leżącą najbliżej.

- I haczyki, znaki zapytania. Ciekawe, czy są elastyczne. Możesz sprawdzić? Sprawdź.

- Nie zamierzam.

Schyliłam się sama i podniosłam wysuszone ciałko. Chodnik był rozgrzany słońcem, wyschnięty trupek też. Leciutki, suchy, szary i spłaszczony. Ścisnęłam lekko. Rozkruszył się jak najdelikatniejsza, sucha gałązka. Wiatr zrzucił z moich palców maleńkie segmenciki, szczątki. Leciutkie, ciepłe nic. Proch.

- Nie są elastyczne – powiedział Rulon znudzonym i smutnym głosem.

- Wczoraj, idąc tędy, zastanawiałam się, jakie słowa można ułożyć z tych dżdżownic.

- No i?

- Dużo można. Na przykład - co.

- Albo - los.

- Solo.

- Po.

- Po co solo.

- Zdania nawet.

- No. Wyobraziłam też sobie, że układam na krawężniku list. Ale nie chciało mi się ich dotykać rękami. Myślałam – wezmę dwa patyczki...

- Zrobiłabyś to? - Zatrzymał się i znowu po swojemu zajrzał mi w oczy.

- Chyba nie. Ale czasem można sobie powyobrażać.

- No tak – westchnął. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy.

Nie spieszyliśmy się. Autobus, który miał nas zawieźć do szpitala, gdzie umierała Pończoszka, jeździ bardzo rzadko.

- Wiesz? - odezwał się zduszonym głosem. - Wiem, jaki list napisałbym do Heni. Ułożyłbym z dżdżownic elo.

 

Komentarze (12)

  • Bardzo piękna proza :)))

  • Dziękuję! Dzisiaj dopracowywałam kilka tekstów w swoich "piwnicach", także ten.

  • Ciekawy kawałek. Dużo przeróżnych informacji, szybkie wprowadzenie w centrum akcji.
    Dla mnie tak karteczka jest bardzo tajemnicza.
    Wrócę i przeczytam jeszcze raz. Teraz odbieram z tekstu, że Narratorka nie lubi Pani Pończoszki. Bardziej żal jej dżdżownic niż umierającej. Ale dla Rulona postoi długo na tym przystanku...

  • Ciekawe uwagi, dzięki.

    • . .
    • 15 lutego 2017, 22:08:15

    Operuje autorka we wspomnieniach bez żadnej osłony na twarzy, by nie łzawiły oczy.
    Rzetelna proza.

  • Ciepło, ciepło, ciepło. Lubię tak.
    :)
    Oprócz ciepła, ładnie napisane.

  • Lekkie dialogi, tzn. bardzo naturalne.

    'Z charakteru – życiowa niedorajda' - to, to sobie biorę. Ale dżdżownicy martwej bym nie wzięła. Żywa to co innego: - )
    Tylko proszę nie odczytać, że się wyśmiewam - mi się to naprawdę podoba.

  • Przeczytałem, to bym skomentował, ale właściwie nie mogę, bo to jest dla młodzieży, za stary na to jestem. Językowo jest chyba bez zarzutu. Nie przepadam za wielokropkiem (tu ze trzy razy), ale Gombrowicz na jednej stronie potrafił walnąć wielokropków 50 i jakoś mu uszło na sucho, więc co z tego... myśli zawieszone... i niedopowiedziane... kwestia stylu...

  • Sara Bergman - wspomnienia, nie wspomnienia, coś tam się ulepiło. Dziękuję za komentarz.

    Witold - cieszę się. Dziękuję.

    Beatrix - miły powrót. Ja - odwrotnie. Nie podniosłabym żywej.

    Jan - chociaż nie skomentowałeś, coś pożytecznego z Twoich słów wyczytałam, a więc - dziękuję. W kwestii wielokropków - używam sporadycznie. Sprawdziłam. Zajrzałam przed chwilą do kilku moich wcześniejszych opowiadanek i mam je tylko w jednym na cztery. Potrzebne były przy wyliczaniu majaczących we śnie sylwetek zwierząt. Zwierzęta śniły się gorączkującemu dzieciakowi. Zgadzam się, że wielokropki mogą być cechą charakterystyczną stylu pisania, lecz - nie mojego.

    ZiKo, Dominiku - dziękuję za zajrzenie!

  • Cudowne, dziwne, ni to smutne, ni nie.

  • Cześć, Hanno. Twoje "ni ni nie" przypomniało mi starą, bardzo delikatną piosenkę (z repertuaru Łucji Prus):

    Szedł chłopiec ze swoją dziewczyną,
    a hej, a ho, a hej no, ni, no...





  • Dzięki.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się